|
Zwykłe zwykłości, a takie dla mnie ważne...
piątek, 09 października 2009
Czwarty raz na Humie
Wróciłam na koniki! Każdego tygodnia na weekend jestem na jazdach. Najpierw pojechaliśmy do T. i tam 2 dni pojeździłam sobie na Loleczku :). Było cudnie. Zwłaszcza w niedzelkę z rana, gdy pojechałam sobie pogalopować brzegiem Bobru. Ten koń jest wspaniały i te tereny są wspaniałe, a ja czułam, że wróciłam do życia. Teraz zaś w piątki odwiedzam stajnie i dostaję Humę. Ta zmieniła się od tamtego roku. Gdy ją dostałam to bałam się, że mam za słabą kondycję, by popchać ją do galopu, ale udało się od razu. Pierwsza jazda była na padoku, druga na łące, trzecia na hali (było bardzo zimno), a dziś byliśmy znowu na superowej łączce. Huma potrafi ładnie chodzić i dobrze reaguje na łydki. Co prawda mam ze sobą zawsze bacik, ale na przykład dziś nie musiałam w ogóle go używać, a galop miała chwilami naprawdę piękniasty! Tydzień temu było fajowskie ćwiczenie, by bez używania wodzy przejechać całą halę poprawnie i Humcia poszła mi jako jedyna dwa razy dobrze! :) Problem jest tylko stęp podczas spaceru. Huma bardzo wolno idzie i co chwilkę trzeba ją popychać i dokłusowywać do reszty. Stęskniłam się za Rotarią i Birmą, ale mam słabą kondycję i może lepiej, że dostaję wyczyszczoną Humę. Jest cudnie! Już nie mogę doczekać się kolejnego piątku!
czwartek, 03 września 2009
to już
siedziałam na koniku! w niedzielę 30 sierpnia! jazda była krótka i mało męcząca, a ja byłam bardzo szczęśliwa z tego słodkiego galopu i kłusowania bez stremion... ach! marzenia się spełniają! a teraz jadę tam na weekend cały i zamierzam pojezdzic przez 3 dzionki! huuurrraaaa! wrażliwość
"Tereni wydawało się znowu (często nawiedzało ją to wrażenie), że trzeba się spieszyć, że o wiele szybciej trzeba wybiegać w świat przez oczy, że zapach maciejki należałoby wprowadzić głębiej - aż do smego serca. Że kiedy jaskółka przecina powietrze, powinien zostać krwawy ślad na piersi czy na policzku, że złoto różowość z nieba są do jedznia (mają smak lepszy od owoców) i że z kwiatów paznokciami można by wyłuskać dusze." Maria Kuncewiczowa <Przymierze z dzieckiem>
piątek, 03 lipca 2009
film 3D
w czwartek byliśmy na Epoce Lodowcowej 3 w wersji 3D Efekty specjalne naprawdę zajebiaszcze! Problemem był dźwięk przez który 2 razy była przerywana emisja filmu! a pomyśleć, że takie drogie bilety (25zł) w takim wielkim CinemaCity i mają usterki :/ obejrzeliśmy jednak w końcu cały filmik miło tak czasem sobie pobyć w kinie, choć po emocjach w teatrze... no cóż... człowiek dojrzewa i gusta mu się zmieniają... na szczęście :) Niedziela w skansenie
ponowna wizyta w prześlicznym skansenie, ale dopiero po roku :) byliśmy tam pod koniec maja w piękną i słoneczną niedzielę opłaciliśmy zwiedzanie z Panią przewodniczką i obejrzeliśmy wszystkie chatki od środka po części poznając ich historię... było naprawdę interesująco i gdy wycieczka dobiegła końca było naprawdę żal, że to już koniec chatki i zabudowania gospodarcze są świetnie utrzymane i zakonserwowane! a całość tak bardzo przypomina mi moją ukochaną S. gdzie chciałabym pojechać jak najszybciej ciekawą sprawą są organizowane w skansenie imprezy dla szkół i nie tylo podczas któych podobno pokazywne jest w praktyce życie na wsi w dawnych czasach... sama chętnie zobaczyłabym działąjące piece kowala i krosna, a także wytwarzanie jedzonka w stary sposób wiele rzeczy miałam szczęście osobiście widzieć, gdy mieszkałam i jeździłam do Babci, ale chętnie bym obaczyła więcej.. a co widziałam i w czym uczestniczyłam w dzieciństwie?
... nawet nie zdawałam sobie sprawy jak dużo tego jest! :)
czwartek, 21 maja 2009
Środa w "Muzełum"
Korzystając z okazji jaką była wizyta u lekarza poszłam sobie na deptak. Mój Kochany w tym czasie polował na sandacze, szczupaki i bolenie, a ja zapolowałam na pyszną zapiekankę, którą skonsumowałam na ławeczce podziwiając ludzisków. Pogoda prześliczna. Słonko grzało toteż tłum przechodniów umilał mi mój posiłek. Rozeznałam się w nowych trendach mody, podziwiałam odważne „lasencje" i dziwną modę młodych chłopaków (jeden miał koszulkę ze smerfem!). Po wszamaniu zapiekanki postanowiłam zapolować jeszcze na loda kręconego, ale by zaostrzyć sobie apetyt postanowiłam spełnić jedno z moich małych marzeń i poszłam sobie pozwiedzać Muzeum Ziemi Lubuskiej. Koszt biletu nie był mały, choć nie przerażał również. W końcu 6 zł na doznania kulturalne mogę poświęcić. Na początek załapałam się na wystawę japońskich grafik i prześlicznych drzewek banzai. Potem okazało się, że mam tylko godzinkę, a muzeum jest spore i wiele w nim do podziwiania! Najdłużej oglądałam średniowieczne rzeźby przedstawiające postacie świętych. Ta sakralna sztuka z XIV, XV i XVI wieku bardzo mnie zauroczyła. Nie wiem co prawda co bardziej, czy fakt wieku tych drewnianych dzieł, czy może sama świadomość trudu jaki włożyli artyści, by z kawałka drewna wyciosać te postacie. Bo czyż nie jest to niezwykłe, że ktoś potrafi oddać postać człowieka mają na początku klocek drewna, lub kamienia? Jaką trzeba mieć wyobraźnię! Ile zręczności w rękach? Dla mnie to coś niepojętego! Zwłaszcza, że natura naprawdę pozbawiła mnie jakichkolwiek zdolności manualnych :-(. Widziałam jeszcze dział poświęcony Zielonej Górze. Zadziwiały mnie stare zdjęcia i ogromne makiety miasta. Podobały mi się również obrazy w innych salach, ale niestety czułam na sobie oddech czasu :- ). Panie kustoszki niecierpliwie spoglądały na zegarki, a ja będąc jedyną zwiedzającą czułam się troszkę nieswojo wiedząc, że przeze mnie jeszcze nie mogą pozamykać sal. Pomimo wszystko zeszłam jeszcze do piwnic, gdzie znajduje się Muzeum Wina (na prawo) i Muzeum Średniowiecznych Tortur (n lewo). Jak to w życiu bywa będąc na rozdrożu dusza ludzka zawsze przegrywa z ciekawością niepomierną i oczywiście najpierw weszłam do Muzeum Tortur :) Szkoda, że byłam sama, bo jednak za bardzo się bałam, by przyjrzeć się wszystkim ciekawostkom. Na szczęście nie było włączonej muzyczki, bo uciekłabym stamtąd dużo szybciej : ). Niezłe pomysły ludzie mieli na zadawanie bólu... Zamierzam jeszcze wrócić do Muzeum w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody, tj. z nie bolącym kręgosłupem i może nawet z jakimś towarzyszem : ) by zwiedzić lepiej i wolniej dział winiarski i tę nieszczęsną salę tortur : ) Po „dokulturalnieniu" się zapolowałam na kręconego rożka i ponownie rozkoszowałam się gwarem Zielonogórskiego deptaku...
środa, 20 maja 2009
Weekend cudów
Kaszel przeszedł w krótkie chrypnięcia. Pogoda się poprawiła. Stąd też pomysł spędzenia niedzielki u Miśka Babci i u Jego kuzyna z konikami. Słoneczko dopisało. W B. Poszliśmy z pieseczkiem na pola i podziwialiśmy zapachy, dźwięki i ciepełko... wszystko wyglądało zupełnie tak jak na mojej ukochanej wsi... Miałam ochotę wyłożyć się na trawie i słuchać skowronków wdychając polne wonie ziół i świeżej trawki. Wiaterek tylko potęgował uczucie błogości. Czułam się jak w przedsionku niebios podziwiając falujące kwiatuszki i radosnego psa. Kocham łączyć się z przyrodą... kocham słońce nad polami i łąkami. Kocham dzikie zakamarki zagajników i jasnozielone listki na drzewach. Kocham życie! Zrobiłam sobie bukiecik z malutkich kwiatuszków. Wygrzewałam mordkę na "patelni" Babcinego podwórka. Zachwycałam się jej plonami w ogrodzie i zjadłam w cudownej atmosferze pyszny obiadek. Czy można pragnąć czegoś więcej? Można! i wówczas się dostaje jeszcze więcej :) Po obiadku pojechaliśmy do T.. Zaraz po przywitaniu pobiegłam do stajni porozmawiać z konikami i kozunią (nowym nabytkiem kuzyna). Piesulando również był zachwycony... może z wyjątkiem chwil, gdy zwiewał przed bodącą kozulą :) ![]() Konie prezentowały się bardzo zdrowo i niezwykle spokojnie. Mój Ulubieniec L. leżał w boksie jak zdechły piesek i zupełnie nie przejmował się moją obecnością...
sobota, 16 maja 2009
Odwiedziny u Parmy
Pomimo deszczu i ogólnie smętnej pogody pojechałam z Labradolandem na O. do lasu. To był dobry pomysł, bo przynajmniej spacer był spokojny i bezstresowy. W lesie byłam tylko ja, kolorowa parasolka i mój kochany Piesulando. Deszcz nie przeszkadzał w podziwianiu soczystej zieleni i upajniu się przyrodą... Piesio był bardzo szczęśliwy taplając się w błotku i bagnie. Na koniec zafundowałam mu kąpiel i uciekłam od razu w las, by nie wytarzał się w piachu :). Potem zapakowałam go do autka i podjechałam w odwiedziny do Parmy. Mieszka ona teraz w prywatnym boksie i jest bardzo zadbaną klaczą. Wizyta była bardzo miła i udana. Poplotkowałam z jej właścicielką z półtora godzinki i pozwiedzałam nowy domek kobyłki. Zazdroszczę tym, którzy tam mają swoje koniki... może kiedyś i ja dostąpie takiej radości :) Rozbudziły się we mnie wszystkie tęsknoty... może uda mi się za 3 miesiące wrócić to tej pasji :)
piątek, 08 maja 2009
Krystyny Jandy... i moje...
"A dlaczego mąż był taki strasznie ważny?" "To jest najdziwniejsze pytanie, jakie w ogóle usłyszałam w życiu. Bo był, bo się taki zdarzył. Właściwie wszystko miało sens tylko w tym naszym związku, to, co robiłam, co oboje robiliśmy, miało znaczenie przez ten związek. A potem miała być starość... Przez te 25 lat małżeństwa mówiłam: ty mi tylko jednej rzeczy nie zrób, nie umrzyj przede mną, bo co ja zrobię?! Zawsze mi się wydawało, że on ma obowiązek żyć dłużej. A ponieważ mi się wydawało, że on wszystko może i załatwi, i zawsze będzie w porządku, więc i w tej sprawie będzie w porządku." ("Boli przyjemnie" rozmowa Piotra Najsztuba z Krystyną Jandą w "Przekroju" NR 15/3327 2 KWIETNIA 2009)
sobota, 25 kwietnia 2009
wtorek, 14 kwietnia 2009
Industrializm
W Polsce jest całe mnóstwo miejsc w których zwiedza się "piękne okoliczności przyrody". W B. podziwia się efekty działalności człowieka i przemysł :)
sobota, 04 kwietnia 2009
WIOSNA!!!
20 st. C do czegoś zobowiązuje i przyszła mamuśka z przyszłym tatuśkiem oraz ich Labradolandem wyruszyli dziś na pierwszy wspólny wypad wiosenny. Pogoda przepiękna. Rzeka niepokorna. Rozlewiska ogromne, ale kto by się tym przejmował skoro było tam widać sporo zieleniejących się krzaczorów, a wały przeciwpoodziowe obrośnięte są już soczystą trawką! Do tego kicający zajączek po drugiej stronie rozlewiska, dwie sarenki, żabki, cudnie śpiewający skowronek, dzięcioły i pszczoła z trzmielem... że o kleszczach pozwolę sobie zapomnieć :) Labradolando biegał jak szalony po krzaczorach i zbierał kleszcze oraz ranił sobie jajocha :) Przyszły Tatuśko szukał dogodnego miejsca na łowienie, ale niestety nie znalazł, a ja... korzystałam całą sobą ze słoneczka i ciepłego wiaterku na moim leżaczku, wystawiając mój okrągły brzuszek do pierwszych promieni słoneczkowych... Uwielbiam takie chwile i właśnie dla nich żyję...
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Święta za pasem!
Zestresowana jestem z deczka świętami, a dokładnie mówiąc prezentami. Mam nadzieję, że znajdę w końcu siły i czas na odwiedzenie sklepów i oświeci mnie jakimiś pomysłami! aaaaa! a już tak mało czasu zostało!! aaaa! :)
... Powiem szczerze, że ja również zaskoczona jestem tym, że mało w około słyszę melodii świątecznych i mało widzę ozdób : ( Może to wina kryzysu?? Tylko nie wiem, czy bardziej mojego, czy światowego... Wigilia w Stajni
W tym roku udało mi się uczestniczyć, choć troszeczkę w stajennej wigilii. Muszę przyznać, że jest to bardzo fajne wydarzenie. Można zobaczyć wszystkich zapaleńców w kupie i napawać się obecności koników przy stole :) Stęskniełam się za konikami. Stęskniłam się za jazdami, ale w każdej histori nadchodzi czas, kiedy należy dokonać pewnych wyborów. Ja dokonała i dlatego potęsknię sobie jeszcze troszkę...
czwartek, 04 grudnia 2008
poniedziałek, 01 grudnia 2008
wschód słońca nad Zieloną
Wywędrowałam dziś powolnym krokiem o 7:26 na spacer do parku. Chłodek był przyjemny i nie można było na niego narzekać, bo za bardzo nie wiało, a tym bardziej nie było żadnych opadów. Już z daleka widziałam, że wstaje słoneczko. Dopiero jednak w parku widać było wszystko ze szczegółami. Zachmurzone niebo to jedyny sposób na ukazanie piękna wschodzącego słońca. Gdy do tego jeszcze są wzgórza i bezlistne drzewa, a na szczytach ładne domki... „nic mi więcej nie potrzeba"... Zaskoczyło mnie piękno tego wschodu. Zatrzymałam się oniemiała i zazdrościłam w duchu malarzom... talent ich bowiem pozwala uchwycić takie piękno na płótnie. Ja mogłam tylko patrzeć i kadrować w myślach. W centralnej części znalazły się nagie drzewa, na których jakieś ptaki zbudowały sobie gniazdo. W tle konarów rozpościerało się wzgórze, a na nim malutki domek. Całość uzupełniało piękne, zaróżowione niebo. Kolor był dość zaskakujący... taki z tych pięknych fotografii robionych przez prawdziwych artystów. Widać były lekki fiolet, a cały obraz powodował lekki niepokój, albo zadumę... albo jedno i drugie... Szkoda, że ścieżkami szli ludzie, którzy przeszkodzili mi w kontemplacji... bo oczywiście Labradolando, nie mógł wówczas zatrzymać się i ja nie mogłam udawać, że stoję dla niego : ) Andrzejkowanie
W sobotę wieczór po andrzejkowaliśmy sobie z moim Ukochanym. Pojechaliśmy do znajomych na salę zwaną świetlicą, gdzie zazwyczaj odbywają się wiejskie wesela i zabawy. Przywieźliśmy ze sobą alkohol i jedzonko, a całą imprezę uświetniał śpiew cudownej Wokalistki Ani. Było rewelacyjnie. Przyznaję się, że mało brakowało, a nie pojechałabym na tę imprezę. Źle się czułam cały dzień i nie miałam ochoty jechać 40 km, by poczuć się bardziej zmęczona... Na szczęście pod wieczór samopoczucie mi się poprawiło i przez całą zabawę było naprawdę dobrze. Tańce, hulanki, swawole i bardzo duża dawka śmiechu. Świetnie tak potańcować w fajnym gronie znajomych i popatrzeć na zgodne i fajne pary. Wróżb nie było. Nadrobiliśmy to w domu i topiliśmy wosk przez klucz do wody w misce : ) Mi wyszła kura, kogut, albo Pani z kuprem : )
poniedziałek, 17 listopada 2008
W sobotę byłam pracownikiem stajni : ) Poniekąd spełniło się moje marzenie i mogłam do woli rządzić się w stajni z przepięknymi konikami. Przygotowywałam 2 koniki na jazdy z dzieciakami. Uszykowałam sobie siodła, ogłowia, wyczyściłam dwa koniki, ubrałam je, a na koniec rozruszałam jednego z nich, by ładniej chodził pod siodłem, gdy przyjadą dzieciaki : ) Bardzo mi się ta praca podobała. Odpowiedzialność również, ale także to, że nagle się okazało, że w sumie to podstaw mogę kogoś nauczyć : ) Nie jest moją ambicją być instruktorem jazdy, ale uwielbiam samą pracę w stajni i przy koniach, dlatego sobotę zaliczam do dni, które przeżyłam tak jak uwielbiam! Rozruszanie konika polegało na kłusikach i zagalopowywaniach, ale również na skokach przez małe przeszkody. L. potrafi sam świetnie skakać, więc ja się po prostu przy nim uczę. Zrobiliśmy sobie też mały galopik do lasu i wracaliśmy kłusikiem. Na tym koniu i w tamtym miejscu czuję się tak, jakbym znalazła swoje miejsce... a już na pewno swoje marzenia... teraz pozostaje mi nadzieja, że nigdy się to nie skończy i że zawsze już będę miała taką ostoję, gdzie kilka lub kilkanaście godzin będę mogła pracować przy i z konikami. Labradolando również był ze mną. On miała tam swój prywatny raj. Zachowywał się jak na niego bardzo fajnie, choć żebranie przy stole o kawałki chleba i kiełbasy z żurku, to nie jest to, czym chciałabym się w jego edukacji pochwalić : ) Biegał gdzie chciał, przeszkadzał w prowadzeniu jazdy, obwąchiwała się z psami, a na koniec, po zjedzeni skorupek od jajek, poszedł sobie na spacer z jednym panem. Gdy miałam odjeżdżać, to nieźle się nakrzyczałam i przestraszyłam przez niego, bo długi czas po prostu nie wiedziałam gdzie polazł! Na szczęście znalazł się i władował do autka. Na zakończenie dnia odwiedziłam zakład pracy Mojego Ukochanego i gromada kundli burych podrapała mi auto skacząc do Labradolando : ( |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Konie
Piękne cosie
Przeczytane Książki
Ulubione blogi
|